Siła (nie)zwykłych ludzi. Czego o odporności społecznej możemy nauczyć się od Ukrainy?

Marcin Nowak
22-07-2026
Czas czytania: 31 min.
Rakieta balistyczna z Rosji do Charkowa leci krócej niż człowiek zdąży założyć buty i wybiec z mieszkania. W takim czasie kończy się świat, jaki znałeś: dom, ulica, sąsiedzi, poczucie, że cokolwiek od ciebie zależy. A jednak właśnie tam, pod tym nieustannym zagrożeniem, zobaczyłem coś, czego nie da się zbombardować – ludzi, którzy z chaosu zaczęli budować porządek, z lęku współpracę, a z codziennego przetrwania – siłę wspólnoty.
Młoda kobieta trzymająca w swoich rękach flagę Ukrainy

Nigdy nie zapomnę chwili, gdy po raz pierwszy naprawdę zrozumiałem, czym jest wojna. Gdy zrozumiałem, że nie zawsze zaczyna się od wybuchu i wystrzałów z karabinów. Usłyszałem przeraźliwy wrzask. Niósł się echem po stacji charkowskiego metra Bohaterów Pracy i odbijał od betonowych ścian peronu. Przez chwilę nie potrafiłem rozpoznać, skąd dochodzi. Dopiero po chwili ktoś powiedział, że to kot jednej z rodzin, które od wielu dni mieszkały w metrze, chroniąc się przed ciągłymi nalotami. Zwierzę wpadło na tory i ukryło się gdzieś pod peronem. Z przerażenia i bólu wyło już od wielu godzin.

Pierwszym instynktem jest pomoc. Szukasz źródła problemu i próbujesz go rozwiązać. Ale na wojnie nic nigdy nie jest takie proste. Gdy tylko chciałem zejść na dół i poszukać biednego zwierzaka – do akcji weszli eskortujący nas żołnierze, odciągając mnie i moją ekipę telewizyjną od torów. Okazało się, że wszystko było pod napięciem i zejście na dół groziło śmiercią. Odłączenie zasilania też nie wchodziło w grę – oznaczałoby pogrążenie w ciemności setek ludzi, którzy znaleźli schronienie na stacji. Pozostało tylko zacisnąć zęby i udawać, że w jakiś magiczny sposób czworonóg sam znajdzie drogę do wyjścia.

Kiedy po blisko pół godzinie kończyliśmy zdjęcia, kot wciąż rozpaczliwie miauczał. Do dziś, kiedy wracam myślami do pierwszych dni wojny, prześladuje mnie właśnie ten dźwięk.

Do Charkowa dotarłem w połowie 2022 roku, kilkanaście dni po tym, jak ukraińskim żołnierzom udało się odepchnąć rosyjskie wojska od granic miasta. Wcześniej widziałem na własne oczy skutki wojny w Donbasie, ale pełnoskalowa inwazja Rosji zmieniła wszystko. Wojna przestała być konfliktem gdzieś daleko, w okopach, pod osłoną nocy. Brutalnie weszła do miast, mieszkań, szkół, szpitali, piwnic i stacji metra w całej Ukrainie. Stała się codziennością milionów ludzi.

Boleśnie przekonali się o tym mieszkańcy Charkowa, który leży zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od rosyjskiej granicy. Rosyjski pocisk balistyczny potrzebuje około pół minuty, by dolecieć do miasta. To zbyt mało czasu, by uciec do schronu czy uprzedzić bliskich o nadciągającym niebezpieczeństwie. Często nawet syreny alarmowe nie nadążały za rosyjskimi atakami. I to było najbardziej przerażające. Że nagle w środku nocy nawet nie usłyszysz ostrzeżenia. Zginiesz we śnie, bo ktoś kilkadziesiąt kilometrów dalej postanowił wcisnąć przycisk odpalający rakietę prosto w twój dom.

Nic dziwnego, że w pierwszych tygodniach pełnoskalowej inwazji z miasta uciekło setki tysięcy mieszkańców. To drugie co do wielkości miasto w Ukrainie – opustoszało dosłownie z tygodnia na tydzień. Ci, którzy zostali, uczyli się żyć w rytmie syren alarmowych i eksplozji.

Widziałem skutki takich eksplozji wielokrotnie. Budynki mieszkalne zamieniały się w zwały betonu, poskręcanego metalu i pyłu. Ciszę po wybuchach przerywały jedynie syreny karetek, nawoływania ratowników i odgłos ciężkiego sprzętu próbującego dostać się do ludzi uwięzionych pod gruzami. Po pewnym czasie mózg przyzwyczajał się do tych odgłosów wojny. Można było nawet rozpoznać, czy w okolicy eksplodowała kolejna rakieta balistyczna, czy może pocisk artyleryjski. Gdy uderzał Iskander, ziemia drżała niczym podczas niewielkiego trzęsienia, a fala uderzeniowa była zapowiedzią kolejnej tragedii.

Mimo to Charków nie umarł. Z dnia na dzień ludzie zaczęli organizować życie od nowa. Nie czekali na gotowe rozwiązania. Zrozumieli, że w tym chaosie wojny muszą się zorganizować sami, a przetrwać nie da się samemu – trzeba współpracować i pomagać sobie nawzajem.

W całym mieście ruszyły centra pomocy, które jeszcze kilka dni wcześniej pełniły zupełnie inne funkcje – kawiarni, restauracji, szkół czy muzeów. Wolontariusze gotowali tysiące posiłków, kierowcy wywozili ludzi spod ostrzału, organizacje społeczne pomagały uchodźcom wewnętrznym znaleźć nowy dom i zajęcie. W takich momentach bardzo szybko przestaje mieć znaczenie, kto formalnie za co odpowiada. Liczy się tylko to, czy ktoś potrafi pomóc. I właśnie tak zaczyna się historia odporności społecznej i innowacyjności wobec okrucieństwa wojny w Ukrainie.

Wspólnota

Jednym z pierwszych ludzi, których poznałem w Charkowie, był ksiądz Wojciech Stasiewicz, dyrektor Caritas-Spes Charków. Spotkaliśmy się w centrum miasta, gdzie od rana ustawiała się długa kolejka mieszkańców czekających na gorący posiłek i paczki z darami, które przyjechały z Polski. Pośrodku tego chaosu stał uśmiechnięty kapłan, nalewający kolejne porcje zupy i rozmawiający z ludźmi, jakby znał ich wszystkich od lat.

To był niezwykły kontrast. Tuż obok widać było skutki rosyjskich ostrzałów. Jedni tracili domy, inni pracę, a w najtragiczniejszych przypadkach – najbliższych. On za to spokojnie robił swoje. Nie wyglądał jak człowiek, który chce zmieniać świat. Raczej jak ktoś, kto uznał, że skoro rosyjska agresja przyszła do jego miasta, jego obowiązkiem jest zostać i pomagać.

– Praktycznie od drugiego dnia wojny zrozumieliśmy, że sytuacja jest bardzo dynamiczna. Wiedzieliśmy, że tak naprawdę nie wiemy, co będzie dalej. Katedra była pierwszym takim hubem pomocy humanitarnej. Wszystko działo się bardzo szybko. Ludzie, sąsiedzi, każdy, kto mógł, bardzo nam pomagali – wspomina ks. Wojciech Stasiewicz.

Jego parafia błyskawicznie przestała być wyłącznie miejscem modlitwy. Zamieniła się w centrum logistyczne Caritas-Spes. Tutaj trafiały transporty z Polski i innych krajów, stąd codziennie wyjeżdżały busy z żywnością do najbardziej potrzebujących. W jednej sali psycholog rozmawiał z osobami, które kilka dni wcześniej straciły dom i cały swój dobytek. W innej dzieci próbowały choć na chwilę zapomnieć o wojnie, bawiąc się pluszakami. Na dziedzińcu wolontariusze pakowali samochody jadące na linię frontu. Obok mieszkańców Charkowa pracowali zagraniczni ochotnicy i studenci, którzy po wybuchu pełnoskalowej inwazji postanowili zostać w Ukrainie.

Pomoc nie ustała nawet wtedy, gdy rosyjski pocisk uderzył w parafię.

– Coraz więcej osób do nas przychodzi, bo nie ma pracy, bo trzeba im pomóc żywnością, odzieżą albo jeszcze czymś innym – w zależności od codziennych potrzeb. Staramy się odpowiadać na to, co pojawia się każdego dnia. Z naszej pomocy korzysta codziennie między pięćset a tysiąc osób – mówi dyrektor Caritas-Spes Charków.

Jeszcze tego samego dnia, gdy się poznaliśmy, Wojtek zaproponował, żebym pojechał z nim z kolejnym transportem humanitarnym. Celem było Korobczyne – wieś w obwodzie charkowskim, położona zaledwie kilka kilometrów od rosyjskich pozycji. Mało kto chciał tam wtedy jeździć. Ryzyko było zbyt duże.

Wojtek przyjechał.

Dotarliśmy tam chwilę po ostrzale. Nad zabudowaniami wciąż unosił się dym, a kilka domów nadal płonęło. Mieszkańcy ostrożnie wychodzili z piwnic, wykorzystując krótki moment ciszy. Wszyscy wiedzieli, że za chwilę rosyjska artyleria może odezwać się ponownie.

Rozdawaliśmy żywność, wodę i środki higieniczne. Mieszkańcy dziękowali za wszystko ze łzami w oczach. Ale najbardziej chyba za to, że ktoś w ogóle do nich dotarł. W takich miejscach paczka z jedzeniem przestaje być tylko pomocą. To znak, że świat o tobie jeszcze nie zapomniał.

 

 

Zapytałem Wojtka, czy się boi. Czy nie ryzykuje zbytnio jeżdżąc z pomocą na front.

– Wiadomo, że to zawsze jest trudny moment. Jedziemy w miejsca niebezpieczne. Z jednej strony narażamy siebie i nie chcemy też narażać innych ludzi, ale w takim czasie trudno po prostu nie myśleć o tych, którzy potrzebują pomocy – odpowiada spokojnie.

– Najtrudniejszym momentem jest chwila, kiedy ktoś przychodzi i opowiada swoją historię. Że stracił kogoś z rodziny. Że stracił dom. Ludzie bardzo często opowiadają to ze łzami w oczach. Wtedy największą pomocą jest po prostu ich wysłuchać – podkreśla Wojtek.

Dopiero z perspektywy czasu zrozumiałem, że odporność społeczna nie zaczyna się od magazynów z żywnością ani od dobrze napisanych procedur. Zaczyna się od ludzi, którzy w chwili największego chaosu nie pytają, czy warto pomagać. Pytają komu trzeba pomóc najpierw.

Wojna zabrała mieszkańcom Charkowa poczucie bezpieczeństwa. Wojtkowi zabrała spokojne kapłaństwo. Nie zdołała jednak odebrać czegoś znacznie ważniejszego – wspólnoty ludzi, którzy każdego dnia udowadniali, że nawet w cieniu rosyjskiej agresji można zachować człowieczeństwo.

 

Codzienność

Na wojnie nawet świeży chleb pachnie inaczej. Nie kojarzy się z domem ani spokojnym śniadaniem. Jest za to dowodem, że mimo wszystko życie jeszcze się nie poddało.

Hell’s Kitchen znalazłem kilka ulic od miejsc, w których niemal codziennie spadały rosyjskie rakiety. Kiedyś była tu restauracja – teraz ogromna, improwizowana kuchnia, która z dnia na dzień stała się jednym z najważniejszych punktów pomocy w Charkowie.

Nazwa nie pochodziła jedynie od słynnego telewizyjnego programu. Raczej od miasta, które w pierwszych tygodniach wojny naprawdę przypominało piekło.

Przy jednym stole znaleźli się tu programiści, lekarze, kierowcy, muzycy i emeryci. Obierali wspólnie ziemniaki. Ktoś mieszał zupę. Ktoś inny wnosił worki z mąką. Jeszcze ktoś rozładowywał transport z pomocą humanitarną.

– Kiedy kucharz wołał, że potrzebuje ziemniaków do barszczu, 20 czy 25 osób siadało i zaczynało je obierać. Gdy przyjeżdżała ciężarówka z pomocą humanitarną, wszyscy ustawiali się w linię i wspólnie ją rozładowywali – opowiada Ludmiła, jedna z założycielek charkowskiej Hell’s Kitchen.

Przed rosyjską inwazją większość z nich prowadziła zwyczajne życie. Pracowali w branży IT, prowadzili firmy albo leczyli pacjentów. Wojna odebrała im ich codzienność. Dała nową.

– Nie mogliśmy uwierzyć, że w XXI wieku coś takiego jest możliwe. Ale kiedy wojna wybuchła, zrozumieliśmy, że musimy robić cokolwiek – mówi Ludmiła.

Dzisiaj Hell’s Kitchen działa bez przerwy. Każdego dnia przygotowuje około tysiąca gorących posiłków dla żołnierzy, szpitali i dziecięcego hospicjum. W piekarni powstaje około tysiąca dwustu bochenków chleba. Nikt nie dostaje za tę pracę pieniędzy. Wszyscy działają jako wolontariusze – z potrzeby serca.

– Wszyscy mają swoje normalne życie. Kiedy mają wolny dzień, przychodzą tutaj pomagać. Mamy lekarzy, muzyków, kierowców, emerytów. Kobieta, która piecze chleb, jest ginekolożką – wylicza Ludmiła.

Z czasem zaczęli przyjeżdżać także wolontariusze z całego świata. Z Polski, Japonii, Stanów Zjednoczonych, Australii, Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Jedni zostawali na dwa tygodnie. Inni na kilka miesięcy.

– To nie jest tylko pomoc fizyczna. Najważniejsze jest poczucie, że cały świat jest z nami – dodaje.

Patrzyłem na tych ludzi i miałem wrażenie, że wojna odebrała im zawody. Ale nie umiejętności. Programista potrafił gotować. Lekarz nosił worki z mąką. Emeryt rozwoził jedzenie po ostrzeliwanym mieście.

Odporność społeczna nie rodzi się wtedy, gdy wszyscy robią to, na czym znają się najlepiej. Rodzi się wtedy, gdy każdy jest gotów zrobić to, czego akurat najbardziej potrzeba.

Nowe narzędzia

Nie wszyscy jednak stanęli przy kuchennych garnkach. Wielu wykorzystało swoje doświadczenie w inny sposób. Tam, gdzie jedni piekli chleb, inni zaczęli budować drony.

Jednym z nich był Igor. Przed wojną był informatykiem. Kierował działem IT w firmie technologicznej. Obronił doktorat z radiotechniki. Nigdy nie przypuszczał, że wiedza zdobywana przez lata studiów przyda się podczas wojny.

– Drony zmieniły wszystko. Dzisiejsza wojna wygląda zupełnie inaczej niż jeszcze kilka lat temu. Większość dronów używanych na froncie to zwykłe drony cywilne. Nasza praca polega na tym, żeby dostosować je do warunków wojny – tłumaczy.

Na pierwszy rzut oka jego miejsce pracy wygląda jak niewielki warsztat. Kilka stołów, lutownice, przewody, anteny i rozłożona elektronika. W rzeczywistości powstają tu rozwiązania, od których często zależy powodzenie misji i życie żołnierzy.

Igor i jego zespół nie budują dronów od podstaw. Biorą urządzenia stworzone do filmowania wakacji, fotografowania ślubów czy sportowych zawodów i przystosowują je do pracy w warunkach walki radioelektronicznej. Wzmacniają łączność, zwiększają odporność na zagłuszanie, testują kolejne rozwiązania.

– To są właściwie prototypy. Cały czas uczymy się w bardzo specyficznym środowisku. Ale wierzę, że doświadczenie zdobywane podczas wojny będzie można później wykorzystać także w życiu cywilnym – mówi.

Rosyjska agresja zmusiła tysiące ludzi do szukania rozwiązań, których wcześniej nikt nie planował. Igor i jego współpracownicy szybko się dostosowali. Dziś szkolą pilotów dronów, którzy bronią Charkowa przed rosyjską agresją. Coraz częściej zgłaszają się też do nich policjanci, którzy wykorzystują bezzałogowce do dokumentowania rosyjskich zbrodni wojennych.

– Wojna nie była naszym wyborem. Ale cały czas myślimy o tym, co z tym doświadczeniem będzie można zrobić później. Jak wykorzystać je po to, żeby życie ludzi było bezpieczniejsze – podsumowuje.

Od nowa

Nie wszyscy jednak mogli zostać w Charkowie. Miliony Ukraińców musiały szukać nowego miejsca do życia. Jedni wyjechali za granicę. Inni szukali schronienia w bezpieczniejszych regionach kraju. Zabierali tylko to, co mieściło się do samochodu albo jednej walizki. Całe dotychczasowe życie zostawiali za sobą.

Dla wielu z nich taką bezpieczną przystanią stała się Odessa. Miasto przyjęło setki tysięcy osób uciekających z Donbasu, obwodu chersońskiego czy zaporoskiego. Paradoks polega na tym, że samo również niemal codziennie jest celem rosyjskich ataków dronami i rakietami. Nie daje pełnego bezpieczeństwa. Daje jednak coś, czego ludzie potrzebują równie mocno – szansę, by zacząć wszystko od nowa.

Tam poznałem Tetianę. Samotnie wychowującą dwoje dzieci. Kiedy opuszczała rodzinny Donbas, wiedziała już, że najprawdopodobniej nigdy tam nie wróci.

Największym problemem nie okazała się jednak dla niej przeprowadzka do innego miasta. Najtrudniejsza była proza życia. Trzeba było znaleźć pracę. Załatwić wszystkie formalności. Od nowa urządzić codzienność. A przede wszystkim znaleźć miejsce, gdzie choć na kilka godzin można bezpiecznie zostawić dzieci.

– Kiedy straciłam pracę, nie było mnie stać na prywatne przedszkole. Szukałam miejsca, gdzie mogłabym zostawić dziecko, kiedy będę szukać pracy. Tak trafiliśmy do Mriji – opowiada.

Sabina Nikitenko, dyrektorka Mriji (po ukraińsku „marzenie” – tak samo nazywał się legendarny Antonow An-225, największy samolot świata, zniszczony przez Rosjan w pierwszych dniach pełnoskalowej inwazji), nie chciała tworzyć kolejnego punktu wydawania żywności. Takich miejsc w Odessie było już wiele. Znacznie bardziej brakowało wsparcia psychologicznego i miejsca, które pomoże ludziom odzyskać równowagę po dramatycznej ucieczce z terenów ogarniętych wojną.

– Nasze centrum powstało głównie dla osób wewnętrznie przesiedlonych i kobiet, których mężowie walczą na froncie – tłumaczy.

Szybko okazało się jednak, że sama rozmowa z psychologiem nie wystarczy. Kobiety potrzebowały pracy. Nowych kwalifikacji. Kontaktu z innymi ludźmi.

Dlatego w Mriji powstały kursy masażu, szycia, branży beauty czy pośrednictwa w obrocie nieruchomościami. Po ich ukończeniu uczestnicy otrzymują certyfikaty, a centrum pomaga znaleźć zatrudnienie.

Trzeba było też rozwiązać jeszcze jeden problem.

– Matki nie miały z kim zostawić dzieci. Dlatego stworzyliśmy pokój dziennej opieki. Dzięki temu kobiety mogą pójść do pracy albo załatwić swoje sprawy – mówi Sabina.

Patrzę na bawiące się w ośrodku dzieci, trudno uwierzyć, że jeszcze niedawno wiele z nich bało się odejść od swoich matek choćby na krok. Traumatyczne doświadczenia z wojny jeszcze długo w nich pozostaną, ale centra takie, jak Mrija, pomagają najmłodszym w pokonaniu pierwszych lęków.

– Moja córka wcześniej nie chciała mnie nigdzie puścić. Dwa miesiące temu pierwszy raz zgodziła się spać sama w swoim pokoju. Stała się spokojniejsza. Tutaj jest dużo dzieci. Rozmawiają ze sobą. Po prostu znowu żyją – mówi Tetiana.

Sabina patrzy na to z uśmiechem.

– Najważniejsze są dzieci. Tutaj czują się bezpiecznie. Dzięki temu krok po kroku wracają do normalnego życia – podkreśla.

Patrząc na takie miejsca, łatwo zrozumieć, że wojna nie kończy się w chwili, gdy człowiek ucieknie z domu. Prawdziwe wyzwanie zaczyna się później. Trzeba nauczyć się żyć od nowa. Znaleźć pracę. Odzyskać spokój. Dać dzieciom dzieciństwo, choć za oknami nadal wyją syreny alarmowe. Takie miejsca nie zatrzymują wojny. Dają jednak ludziom szansę na planowanie lepszej przyszłości.

Odbudowa

Siedem dni po wyzwoleniu Chersonia, do miasta wjechały busy z Fastowa pod Kijowem. To tam od pierwszych tygodni pełnoskalowej wojny Fundacja św. Marcina de Porres prowadziła jeden z najważniejszych hubów humanitarnych: wysyłała żywność, leki i wszystko, czego akurat brakowało w miejscowościach najbliżej frontu. Tym razem pomoc trafiła do miasta, z którego Rosjanie uciekli, zostawiając po sobie ciemność, puste sklepy i ludzi odciętych od wody, prądu i normalnego życia. Z 350 tysięcy mieszkańców zostało zaledwie kilka tysięcy. Po drugiej stronie Dniepru wciąż stali rosyjscy żołnierze, a ostrzał praktycznie nie ustawał.

Na początku powstała kuchnia społeczna. Ale dość szybko trzeba było rozszerzyć działalność.

Gdy Rosjanie wysadzili zaporę w Nowej Kachowce Chersoń zalała fala powodziowa. Do jednej kuchni trzeba było dobudować drugą, bo zapotrzebowanie na posiłki było tak ogromne.

– Gotowaliśmy dla zalanych wiosek. Czasami zamykałyśmy już kuchnię, a po chwili dzwonił telefon: „Dziewczyny, jeszcze trzysta obiadów”. To był czas, kiedy człowiek zapominał, który jest dzień tygodnia – wspomina Marzena Michałowska, od początku zaangażowana w działania fundacji.

Potem pojawił się kolejny problem. Rosyjskie ostrzały zniszczyły piekarnie w Cherosniu. Chleb trzeba było przywozić aż z Mikołajowa. Fundacja postanowiła to zmienić. Kupiła piec a wolontariusze z Fastowa przyjechali przeszkolić miejscowych i uruchomili piekarnię społeczną.

Niedługo później okazało się, że potrzebna jest jeszcze pralnia. Starsi mieszkańcy i żołnierze wracający z linii frontu nie mieli gdzie wyprać ubrań. Powstała więc pralnia socjalna z niewielkim pokojem, w którym można było napić się herbaty i po prostu chwilę odpocząć.

Każdy kolejny problem rodził nowe rozwiązanie.

– Najważniejsze jest chyba to, że ktoś o nich pamięta. Mogą przyjść, napić się herbaty, zabrać chleb do domu. Posiedzieć razem. Porozmawiać – mówi Marzena o stałych bywalcach pralni i piekarni społecznej.

 

Chersoń do dziś pozostaje jednym z najniebezpieczniejszych miast Ukrainy. Rosyjskie wojska stoją po drugiej stronie Dniepru. Niemal każdego dnia nad miastem pojawiają się drony. Mieszkańcy mówią o nich „łowcy”. Operatorzy bezzałogowców nie szukają czołgów ani pozycji wojskowych. Coraz częściej ich celem są zwykli ludzie – rowerzyści, kierowcy, starsze osoby idące po leki czy po chleb.

Mimo to każdego ranka pod kuchnią społeczną ustawiają się ci sami ludzie. Przychodzą po ciepły posiłek i chwilę rozmowy. Wiedzą, że wychodząc z domu, ryzykują życie. Wiedzą też, że nie mogą zamknąć się w czterech ścianach i czekać na koniec wojny.

Jeżeli kogoś nie ma przez dwa albo trzy dni, pozostali od razu pytają, co się stało. Czy zachorował. Czy trzeba do niego pójść. W mieście, w którym Rosjanie próbują odebrać ludziom nawet zwykłą codzienność, wspólnota stała się jedną z najskuteczniejszych form przetrwania.

Pod prąd

Wspólnota pomaga przetrwać tym, którzy zostali w miastach. Ale wojna każdego dnia zbiera kolejne ofiary także na froncie.

Rosyjska agresja bardzo szybko pokazała, że państwowy system ratownictwa nie jest w stanie sam odpowiedzieć na skalę wojny. Już w pierwszych miesiącach pełnoskalowej inwazji zaczęły powstawać dziesiątki niezależnych zespołów medycznych tworzonych przez wolontariuszy z Ukrainy i wielu innych krajów. Jednym z nich jest polska Awangarda.

Z Katarzyną Daniszewską spotkałem się w Donbasie, w budynku udostępnionym medykom na krótki odpoczynek między kolejnymi wyjazdami. Na miejscu próżno szukać było oznaczeń medycznych. Jak się okazało – to celowe, aby nie zdradzić Rosjanom pozycji zespołów ratowniczych.

– Od początku wojny konwencja genewska tutaj nie istnieje. Nie ma co na nią liczyć. Medycy, szpitale i karetki są dla Rosjan bardzo atrakcyjnymi celami. Są z ogromną zażartością namierzane i ostrzeliwane. W czasie naszej obecności kilka szpitali zostało zbombardowanych dosłownie chwilę po tym, jak przekazaliśmy tam pacjenta – mówi Katarzyna Daniszewska, dowódczyni zespołu medycznego Awangarda.

Kilka miesięcy po wywiadzie słowa Kasi okazały się boleśnie prawdziwe. Budynku, w którym rozmawialiśmy, już nie było. Zniszczyły go rosyjskie bomby.

Bezpieczeństwo medyków to tylko jedno z wyzwań, z jakimi mierzą się takie zespoły. Kiedy się spotkaliśmy, Kasia była wyraźnie zmęczona. Ledwo wróciła z kolejnego wyjazdu.

– Tak jak widziałeś dzisiaj, ledwo wypełzliśmy ze śpiworów, bo jeździliśmy całą noc. Jeździmy całą noc, bo jest taka potrzeba. Brakuje medyków. Mamy dobrze wyposażoną karetkę i umiejętności, które pozwalają nam zabierać ciężko rannych. W wielu karetkach nie ma tlenu, defibrylatora czy respiratora. U nas one są. Dlatego wiemy, że naprawdę jesteśmy potrzebni – tłumaczy.

Kolejnym wyzwaniem jest już sama ewakuacja rannych. Gdy karetka Awangardy dociera na linię frontu – nie ma czasu na zastanowienie. Trzeba zatamować krwotok, zabezpieczyć drogi oddechowe, podać leki i jak najszybciej ruszyć do szpitala. W kilka sekund wnętrze ambulansu zamienia się w salę ratunkową na kołach.

– Przejmujemy rannych, którzy są już względnie ustabilizowani. Ewentualnie, jeżeli jesteśmy szybciej, niż przewidywali, pomagamy jeszcze w stabilizacji. Druga opcja jest taka, że czasem spędzamy dużo czasu, a przez jakiś czas nawet spaliśmy na punkcie stabilizacyjnym, który jest na froncie. Wtedy normalnie pracujemy jak na punkcie. Każdy pacjent, każdy ranny, który przyjeżdża na miejsce, jest stabilizowany przez każdego medyka, który akurat ma wolne ręce. Kiedy jest robota, działamy zadaniowo. Nie ma miejsca na emocje. Liczy się tylko to, żeby pacjent żywy dojechał do szpitala – opowiada Kasia.

Medycy nazywają to „złotą godziną”. To ona najczęściej decyduje o tym, czy ciężko ranny przeżyje. Każda minuta stracona na froncie zmniejsza jego szanse.

– Kiedy wiemy, że pacjent żywy dojechał do szpitala, przybijamy sobie żółwika. Wiemy, że zrobiliśmy dobrą robotę – uśmiecha się Kasia.

Takich zespołów jak Awangarda od początku pełnoskalowej wojny powstały dziesiątki. Tworzą je ratownicy, lekarze i wolontariusze z Ukrainy oraz wielu innych krajów. Działają niezależnie od państwowego systemu, sami zdobywają fundusze, kupują ambulanse, specjalistyczny sprzęt, leki i szkolą kolejne osoby. Nie zastępują wojskowych medyków. Uzupełniają ich tam, gdzie brakuje ludzi, czasu albo odpowiedniego wyposażenia.

W Ukrainie taki model działania stał się jedną z odpowiedzi społeczeństwa na realia wojny. Gdy państwowy system nie nadąża za skalą rosyjskiej agresji, zniszczeń i ofiar, obok niego powstają oddolne inicjatywy, które ratują życie każdego dnia.

 

Niezłomność

Wspólnota pomaga przetrwać tym, którzy zostali w miastach. Niezależne zespoły medyczne ratują życie na froncie. Ale Rosjanie od początku wojny próbowali odebrać Ukraińcom jeszcze coś – prąd, wodę, ogrzewanie i poczucie, że choć przez chwilę można żyć normalnie.

Odpowiedzią stały się Punkty Niezłomności.

Powstały jesienią 2022 roku, kiedy rosyjskie rakiety zaczęły masowo niszczyć ukraińskie elektrownie, wodociągi i pozostałe elementy infrastruktury krytycznej. W całym kraju uruchomiono tysiące takich miejsc. Można było się tam ogrzać, naładować telefon, napić się gorącej herbaty, ugotować posiłek, zrobić pranie czy nawet skorzystać z internetu dzięki Starlinkowi. W czasie największych blackoutów dla wielu Ukraińców były jedyną ostoją względnej normalności. Początkowo uruchomiono około 4,8 tysiąca takich punktów wyposażonych w generatory. Z czasem sieć objęła kolejne tysiące lokalizacji w całym kraju.

Jeden z takich punktów odwiedziłem w Orichiwie, w obwodzie zaporoskim. Miasto położone zaledwie kilka kilometrów od linii frontu jest jednym z najbardziej ostrzeliwanych miejsc w całej Ukrainie. W szczytowym okresie spadały tam setki pocisków i bomb dziennie. Większość zabudowy została już dawno zniszczona lub uszkodzona, a z blisko 14 tysięcy mieszkańców zostało około tysiąca. Do Orichiwa od dawna nie jeżdżą już nawet karetki pogotowia, a miejscowy szpital leży w gruzach.

Na pierwszym posterunku przed wjazdem do miasta żołnierz zapytał nas tylko:

– Wjeżdżacie na własną odpowiedzialność?

Kiwnęliśmy głowami.

Kilka minut później, gdy zbliżaliśmy się do miasta, nad Orichiwem rozległy się kolejne salwy z rosyjskich wyrzutni Grad. Nad zniszczonymi budynkami unosił się dym. Ulice były niemal całkowicie puste. Trudno było dostrzec budynek, który nie nosił śladów wojny. Miasto duchów.

Mimo ostrzału udało nam się bezpiecznie dojechać z transportem pomocy humanitarnej do lokalnego Punktu Niezłomności, który mieścił się w piwnicach publicznego budynku. Alarm przeciwlotniczy trwał przez cały czas. Nad miastem krążyły rosyjskie samoloty przenoszące bomby szybujące przeznaczone do niszczenia umocnionych obiektów. Żadne wcześniejsze doświadczenie nie przygotowało nas na widok, jaki zastaliśmy w Orichiwie. Szczególnie na kontrast między tym, co działo się na powierzchni, a co kilka metrów pod ziemią.

Przyjechaliśmy tam w prawosławną Wielkanoc. Mieszkańcy przywitali nas w schronie własnoręcznie upieczonym ciastem. Uśmiechali się, zagadywali, cieszyli się, że ktoś mimo ogromnego ryzyka przywiózł kolejne dary z pomocą humanitarną. Wiceburmistrz Switłana Mandrycz oprowadziła nas po Punkcie Niezłomności. Był generator, Starlink, telewizor, kuchnia, pralnia, prysznice, miejsca do spania, a nawet pokój dla dzieci. To tutaj miejscowi od miesięcy przychodzili po wodę, żywność, leki i prąd, którego od dawna nie mieli już w swoich domach.

Kilka metrów wyżej było morze ruin. Kilka metrów niżej ludzie wciąż próbowali żyć normalnie. Dopiero tam zrozumiałem, dlaczego te miejsca nazwano Punktami Niezłomności. To właśnie ci niezłomni ludzie byli największą siłą tych miejsc.

Kiedy wyjeżdżaliśmy, rosyjski ostrzał rozpoczął się ponownie.

Tego dnia Punkt Niezłomności przetrwał.

Niestety nie na długo.

Kilka miesięcy później rosyjska bomba lotnicza uderzyła centralnie w schron w Orichiwie. Zginęło siedem osób, trzynaście zostało rannych. Ta wojna pokazuje, że nie istnieją miejsca całkowicie bezpieczne…

Pokazuje jednak również, że nawet wtedy, gdy Rosjanie niszczą elektrownie, wodociągi, szpitale czy punkty pomocy, bardzo szybko powstają kolejne miejsca, które potrafią w dużej mierze zastąpić infrastrukturę krytyczną i dać oddech cywilom podczas działań wojennych. Punkty Niezłomności stały się jedną z najbardziej niezwykłych odpowiedzi ukraińskiego społeczeństwa na próbę zniszczenia ich codziennego życia, ich resztek normalności. Nie zawsze chronią przed rakietami czy bombami. Potrafią jednak ocalić coś, czego nie da się odbudować samymi cegłami – wspólnotę. A bez tej wspólnoty – nie mielibyśmy tak heroicznego oporu przed najeźdźcą.

Epilog

Przed powrotem do Polski znowu odwiedziłem stację charkowskiego metra.

Na początku wojny, tysiące ludzi znalazły tu schronienie przed rosyjskimi bombami.

Tym razem było zupełnie inaczej.

Perony opustoszały. Nie było już materacy, polowych łóżek ani rodzin, które przez wiele tygodni mieszkały pod ziemią. Nie było też kota, którego przeraźliwy wrzask słyszałem podczas pierwszej wizyty.

Zamiast dziecięcego płaczu i rozmów panowała cisza.

Metro znowu kursowało zgodnie z rozkładem.

Patrzyłem na pusty peron i pomyślałem, że właśnie tak wygląda Ukraina.

Nigdy nie będzie taka sama jak przed wojną. Ale każdego dnia Ukraińcy próbują odzyskać choć odrobinę normalności.

Marcin Nowak

Dziennikarz, wydawca telewizyjny a obecnie reporter TVP. Od początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie wielokrotnie relacjonował wydarzenia z terenów objętych rosyjską agresją. Autor reportaży poświęconych wojnie, pomocy humanitarnej i społecznym skutkom konfliktów zbrojnych.

Artykuł powstał w ramach projektu Katalizator innowacji społecznych 2, który realizowany jest ze środków programu Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego 2021-27 przez Fundację Stocznia i Fundację Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.

Posłuchaj także

Okładka podcastu Społeczne Wynalazki, na zdjęciu gość Marcin Piotrowski, odcinek nr 30, tytuł: na czym zbudować podstawę odporności na kryzysy?
Na czym zbudować podstawę odporności na kryzysy?

Marcin Piotrowski, współtwórca Fundacji Folkowisko, zabiera nas na Roztocze Wschodnie – w pas nadgraniczny, kilkanaście kilometrów od granicy polsko-ukraińskiej. Opowiada, jak działania kulturalne na pograniczu – festiwal, budowanie wspólnoty, uczenie się współpracy i „zarządzania chaosem” – stały się w 2022 roku realnym zasobem w obliczu kryzysu: od spontanicznego wsparcia na granicy, przez organizację zaplecza i magazynów, po długofalową pomoc i współpracę transgraniczną.

Ta strona używa plików cookies w celu zapewnienia najlepszej jakości usług. Korzystając z niej, wyrażasz zgodę na ich używanie. Więcej informacji w polityce prywatności.

Przejdź do treści